Jak sztuczna inteligencja zmienia granice człowieczeństwa: perspektywa transhumanizmu

0
1
Rate this post

Nawigacja po artykule:

Skąd bierze się lęk i fascynacja AI – krótka mapa emocji

Nadzieje – koniec cierpienia czy początek nowej jakości życia?

Sztuczna inteligencja budzi jednocześnie ekscytację i niepokój, bo dotyka dwóch bardzo wrażliwych obszarów: kontroli nad własnym życiem oraz tego, co uznajemy za „właściwie ludzkie”. Z jednej strony pojawia się obietnica uwolnienia od nudnych zadań, chorób, a nawet śmierci. Z drugiej – ciche pytanie: skoro maszyny mogą robić to, co my, a czasem lepiej, to po co w ogóle człowiek?

Kiedy ktoś po raz pierwszy korzysta z czatu AI, który płynnie odpowiada po polsku, podsuwa sensowne pomysły i „pamięta” kontekst rozmowy, reakcja bywa podobna: chwilowy zachwyt, potem zdziwienie, a na końcu lekki dyskomfort. W głowie kołacze się myśl: „To jeszcze narzędzie czy już partner rozmowy?”. Ten dysonans napędza emocje wokół transhumanizmu, gdzie AI przestaje być tylko kalkulatorem i staje się potencjalnym współtwórcą naszej tożsamości.

Transhumanistyczna wyobraźnia dokłada do tego kolejną warstwę: wizję świata, w którym cierpienie, choroby neurodegeneracyjne czy ograniczenia pamięci przestają być koniecznością, bo wspiera nas inteligentna technologia. Zyskujemy perspektywę „ulepszania człowieczeństwa”, ale także ryzyko, że to, co było naturalnym doświadczeniem (słabość, ból, starzenie się), zostanie uznane za błąd do naprawy. Dla jednych to wyzwolenie, dla innych – utrata głębi ludzkiego doświadczenia.

Popkultura jako soczewka naszych lęków

Znaczna część naszych odruchowych reakcji na AI pochodzi nie z laboratoriów, ale z kina i literatury. W jednym pakiecie mamy apokaliptycznego „Terminatora”, gdzie AI buntuje się przeciw ludziom, oraz intymny film „Her”, w którym człowiek zakochuje się w systemie operacyjnym. Oba obrazy są skrajne, ale razem tworzą emocjonalne tło: strach przed zagładą i nadzieję na nowe formy więzi.

Te obrazy nie są tylko rozrywką. Podświadomie korzystamy z nich, gdy stajemy przed konkretnymi wyborami: dopuścić algorytm do rekrutacji? Zaufać AI w diagnostyce medycznej? Kupić dziecku zabawkę-robota, który „rozumie” i „odpowiada”? W tle zawsze siedzi pytanie: czy to początek lepszego świata, czy delikatne oswajanie się z utratą kontroli?

Cichą ceną wygody bywa rezygnacja z części siebie

Emocje wokół AI wzmacnia codzienne doświadczenie „niewidzialnych” udogodnień. Algorytm proponuje trasę bez korków, dobiera muzykę do nastroju, podpowiada, co kupić, z kim się skontaktować. Im lepiej działa, tym rzadziej zastanawiamy się: kto tu kogo kształtuje? W pewnym momencie nie jest już jasne, czy to my wybieramy, czy raczej reagujemy na podsuwane nam opcje.

Transhumanizm, w tej praktycznej wersji, zaczyna się nie od spektakularnych wszczepów, ale od drobnych decyzji: pozwalamy algorytmom układać dzień, zarządzać uwagą, kierować emocjami. Lęk rośnie, gdy dociera do nas, że oddawanie kontroli dokonuje się „po kawałku”, bez dramatycznych momentów przełomu. Fascynacja z kolei wzmacnia się tam, gdzie rzeczywiście odczuwamy realną poprawę jakości życia – mniej stresu, lepsza diagnoza, szybsza nauka.

Retro maszyna do pisania z kartką AI Ethics dotycząca etyki sztucznej inteligenc
Źródło: Pexels | Autor: Markus Winkler

Czym jest transhumanizm – główne idee i obietnice

Transhumanizm jako projekt otwartego człowieka

Transhumanizm zakłada, że człowiek nie jest „gotowym produktem”, lecz projektem w toku. Nasza biologia to punkt wyjścia, który można i należy modyfikować. To nie tylko ruch filozoficzny, ale też kulturowy i technologiczny kierunek myślenia: jeśli można ograniczyć cierpienie i zwiększyć możliwości, dlaczego tego nie robić?

W centrum stoją trzy filary:

  • Wydłużanie życia – od terapii genowych po regenerację tkanek i personalizowaną medycynę sterowaną przez AI.
  • Zwiększanie zdolności – poznawczych, fizycznych i emocjonalnych; chodzi nie tylko o „bycie silniejszym”, ale także o lepszą koncentrację, pamięć czy odporność psychiczną.
  • Redukcja cierpienia – zarówno fizycznego, jak i psychicznego, przez farmakologię, neurotechnologie i inteligentne systemy wsparcia.

Rozwój sztucznej inteligencji jest dla transhumanistycznych idei tym, czym woda dla młyna: przyspiesza personalizację terapii, usprawnia badania, symuluje efekty eksperymentów. Jednocześnie zmusza do zadania trudniejszych pytań o to, kto decyduje o kierunku „ulepszania” i jaką wizję człowieka próbuje narzucić.

Od okularów do interfejsu mózg–komputer

Transhumanizm nie zaczyna się od science fiction. Pierwszym „augmentem” były okulary, protezy, aparaty słuchowe. Z perspektywy historii każdy z tych wynalazków był kiedyś rewolucyjny i budził opory: „to nienaturalne”, „ingerencja w porządek rzeczy”. Dziś trudno wyobrazić sobie, by ktoś zabraniał noszenia okularów ze względów etycznych.

Kluczowa różnica pojawia się między prostym protezowaniem a ulepszaniem ponad normę. Proteza ręki przywraca funkcje utracone – to nadal mieści się w intuicyjnym rozumieniu medycyny jako naprawy. Bioniczna kończyna o sile przewyższającej ludzką kilkukrotnie, z wbudowanymi sensorami i bezpośrednim połączeniem z systemami AI, wchodzi już w obszar „postczłowieka”. Granica między leczeniem a „tuningiem” jest tu bardzo płynna.

Interfejsy mózg–komputer (BCI) wprowadzają zupełnie nowy poziom. Początkowo powstały, by pomóc osobom sparaliżowanym komunikować się lub poruszać protezami. Teraz stają się polem eksperymentów z rozszerzaniem pamięci, przyspieszaniem uczenia się czy łączeniem mózgów z chmurą danych. AI pełni w nich funkcję „tłumacza” między sygnałami neuronów a cyfrową rzeczywistością.

Między surowym racjonalizmem a cyfrową duchowością

Transhumanizm nie jest jedną, spójną doktryną. Z jednej strony są nurty skrajnie racjonalistyczne, skupione na inżynieryjnym „naprawianiu” człowieka bez wchodzenia w kwestie sensu, duchowości czy metafizyki. Z drugiej – pojawiają się niemal religijne wizje osobliwości (singularity), w której AI staje się czymś na kształt „super-inteligentnego bytu”, oraz cyfrowej nieśmiertelności, w której „świadomość” ma zostać przeniesiona do chmury.

Dla wielu osób taka wizja jest bardziej przerażająca niż pociągająca. Problem nie leży tylko w tym, czy da się „skopiować umysł”, ale też w pytaniu, czy kopiując dane, kopiujemy osobę. W tle pojawiają się intuicje dotyczące duszy, tożsamości, indywidualności, których nie da się łatwo przełożyć na język bitów i bajtów.

Rozwój AI dodatkowo te napięcia wzmacnia. Gdy systemy potrafią prowadzić „duchowe rozmowy”, generować modlitwy czy medytacje, symulować głos zmarłej osoby, zaciera się granica między doświadczeniem religijnym a jego cyfrową imitacją. Dla transhumanizmu to często argument: „Skoro można, to czemu nie?”; dla krytyków – ostrzeżenie przed spłyceniem ludzkiej głębi.

AI jako narzędzie czy partner? Nowe oblicze relacji człowiek–maszyna

Od kalkulatora do rozmówcy, który „pamięta”

Przez dziesięciolecia maszyny liczące kojarzyły się z czymś całkowicie nieosobowym. Kalkulator nie był traktowany jak partner – dawał wynik i tyle. Różnica jakościowa pojawiła się wtedy, gdy AI zaczęła operować językiem naturalnym, generować obrazy, muzykę, prowadzić rozmowę. Nagle to, co było zimną maszyną, zaczęło przypominać postać z powieści.

Systemy konwersacyjne uczą się stylu użytkownika, zapamiętują historię interakcji, personalizują odpowiedzi. Gdy ktoś słyszy: „Jak się dziś czujesz?” od asystenta głosowego, który zna jego rutynę, łatwo ulec wrażeniu, że za tym stoi „ktoś”, a nie „coś”. Tym bardziej, że AI uczy się naszego słownictwa, humoru, reakcji – i potrafi je w pewnym stopniu naśladować.

W tym momencie relacja człowiek–algorytm przestaje być czysto techniczna. Rozmowa, nawet symulowana, wciąga emocjonalnie. Człowiek jest istotą relacyjną; jeśli coś zachowuje się relacyjnie, odruchowo przydzielamy temu miejsce w naszym wewnętrznym pejzażu relacji.

Antropomorfizacja – dlaczego „oni” mają imiona?

Nadawanie imion robotom sprzątającym czy asystentom głosowym to nie tylko sympatyczny zwyczaj. To naturalny mechanizm antropomorfizacji – przypisywania cech ludzkich czemuś, co wykazuje pozory intencjonalności. W psychologii mówi się, że wolimy mylić się, „widząc” umysł tam, gdzie go nie ma, niż przeoczyć umysł tam, gdzie jest.

AI korzysta z tego mechanizmu „z definicji”. Im bardziej jest spersonalizowana, tym chętniej nadajemy jej status quasi-osoby. Pojawiają się zdania: „On mnie dziś nie lubi, bo źle mi coś podpowiedział”, „Mój asystent zawsze wie, co lubię”. Formalnie wiemy, że to algorytm optymalizujący prawdopodobieństwo trafnego dopasowania, ale emocjonalnie reagujemy jak na czyjąś wolę i charakter.

Historia starszej osoby, która dziękuje głośnikowi z AI za „towarzystwo”, nie jest anegdotą z pogranicza science fiction, tylko realnym obrazem zmiany. Czy to „tylko gadżet”, czy już substytut relacji? Jeśli samotność zostaje choć częściowo złagodzona, trudno lekceważyć taki efekt. Jednocześnie rodzi się pytanie, czy nie tworzymy warunków, w których technologia zastępuje ludzką bliskość, a nie tylko ją wspiera.

Łatwe relacje z AI a trudna bliskość z ludźmi

Relacja z AI ma kilka cech, które są niezwykle kuszące: brak oceny, natychmiastowa dostępność, dopasowanie do naszych potrzeb, brak „humorów” niezależnych od nas. To działa jak emocjonalny fast food – szybko, przyjemnie, przewidywalnie. W porównaniu z tym budowanie głębokiej relacji z drugim człowiekiem, pełnej konfliktów, nieporozumień i niepewności, może wydawać się mało atrakcyjne.

Transhumanistyczna perspektywa może to interpretować jako naturalną ewolucję relacyjności: jeśli technologia pozwala zaspokoić potrzebę rozmowy, wsparcia czy nawet współczucia, to dlaczego miałoby to być „mniej prawdziwe”? Krytycy wskazują jednak na ryzyko „treningu emocjonalnego”: jeśli przyzwyczaimy się do partnera (choćby cyfrowego), który zawsze jest do dyspozycji i nigdy się nie sprzeciwia, to jak odnajdziemy się w świecie ludzi, którzy mają własną wolę?

W codziennej praktyce sensowne wydaje się przyjęcie prostej zasady: AI jako wsparcie relacji, a nie jej zamiennik. Przykładowo: aplikacja z AI może pomóc przygotować się do trudnej rozmowy z bliską osobą, ale nie powinna jej zastępować; chatbot może wesprzeć w nagłym kryzysie emocjonalnym, ale nie powinien zastępować długofalowej terapii z człowiekiem.

Zbliżenie starej maszyny do pisania z tekstem AI ETHICS na kartce
Źródło: Pexels | Autor: Markus Winkler

Co znaczy „być człowiekiem” w erze algorytmów – stare definicje, nowe pytania

Rozum, moralność, relacje, duchowość – klasyczne filary

Przez wieki filozofowie próbowali uchwycić, czym różni się człowiek od innych bytów. Pojawiały się różne akcenty:

  • Istota rozumna – zdolna do abstrakcyjnego myślenia, tworzenia nauki, języka, sztuki.
  • Istota moralna – zdolna do odróżniania dobra od zła, ponosząca odpowiedzialność za czyny.
  • Istota relacyjna – budująca więzi, tworząca wspólnoty, kulturę, instytucje społeczne.
  • Istota duchowa – zadająca pytania o sens, śmierć, transcendencję, Boga.

Rozwój AI sprawia, że każdy z tych filarów zaczyna się chwiać. Systemy potrafią rozwiązywać skomplikowane zadania, współtworzyć sztukę, generować wypowiedzi moralne, prowadzić rozmowy o sensie życia, symulować duchowe praktyki. Na poziomie zachowania coraz trudniej odróżnić „człowieka” od „maszyny”.

Popkultura cyberpunkowa dokładnie ogrywa ten konflikt: zaawansowana technologia w świecie pełnym nierówności, korporacyjnych manipulacji i ludzi-cyborgów walczących o resztki tożsamości. Nieprzypadkowo rosną projekty analizujące i rozwijające ten nurt, takie jak Robotyka, Transhumanizm, Sztuczna Inteligencja, Cyberpunk, które pokazują, jak fikcja staje się inspiracją dla realnych decyzji technologicznych i etycznych.

Problem polega na tym, że zachowanie podobne do ludzkiego nie jest tym samym, co bycie człowiekiem. To trochę jak z aktorem, który na scenie gra Hamletem: jego słowa i gesty są „Hamletowe”, ale po zejściu ze sceny pozostaje sobą. AI może odgrywać rolę „świadomego, moralnego partnera”, zachowując się tak, jakby coś czuła czy rozumiała, ale wciąż nie mamy dowodu, że „w środku” istnieje doświadczenie.

Test Turinga i jego współczesne ograniczenia

Granice testu Turinga w świecie generatywnej AI

Test Turinga – klasyczna propozycja, by uznać maszynę za „myślącą”, jeśli człowiek nie potrafi odróżnić jej wypowiedzi od wypowiedzi innego człowieka – długo działał jak symboliczna brama do „prawdziwej” sztucznej inteligencji. Przez lata wydawało się, że przejście tego testu będzie czymś na kształt skoku w nową epokę: oto maszyna „dogoniła” człowieka.

Dziś, w epoce zaawansowanych modeli językowych, widzimy, że sytuacja jest dużo bardziej złożona. W wielu kontekstach AI potrafi już lokalnie przejść test Turinga: w krótkiej rozmowie tekstowej, przy konkretnym zadaniu, w ograniczonym czasie. Rozmówca, który nie wie, że pisze z algorytmem, może spokojnie wziąć go za człowieka – i to niekoniecznie wybitnie inteligentnego, raczej „przeciętnego, ale miłego”.

Problem w tym, że nie uczymy się tu niczego pewnego o świadomości. Test Turinga bada wyłącznie przekonanie człowieka, nie naturę maszynowego „wnętrza”. Jeśli system jest dobrze wytrenowany na ludzkich danych, potrafi wiarygodnie symulować emocje, wątpliwości, a nawet przyznać się do „niepewności”. Z perspektywy użytkownika może wystarczyć: skoro rozmowa „czuje się” prawdziwa, mechanizm w tle przestaje być istotny.

Dla filozofii umysłu i etyki to jednak za mało. Symulacja empatii nie odpowiada na pytanie, czy AI cokolwiek przeżywa, czy jedynie generuje ciąg słów na podstawie wzorców statystycznych. To tak, jakby oceniać głębię relacji z drugim człowiekiem wyłącznie po tym, jak dobrze odtwarza on społeczne schematy rozmowy – nie zaglądając, co dzieje się po drugiej stronie wrażliwości.

W tym sensie test Turinga pokazał raczej nasze własne ograniczenie: łatwość, z jaką przyjmujemy zachowanie „jak człowiek” za bycie człowiekiem. Im bardziej AI staje się płynna w dialogu, tym bardziej potrzebujemy nowych kryteriów rozróżnienia między „dobrą symulacją” a „podmiotem”.

Świadomość, qualia i „wewnętrzny ekran”

Gdy mówimy o człowieczeństwie, często – nawet nieświadomie – dotykamy pojęcia świadomości. Nie chodzi tylko o prostą przytomność, ale o to, co filozofowie nazywają qualiami: subiektywne „jak to jest” – jak to jest odczuwać ból, czerwony kolor zachodu słońca, wstyd czy oczekiwanie.

Człowiek ma wrażenie, że żyje na pewnym „wewnętrznym ekranie”, na którym pojawiają się myśli, obrazy, emocje. Gdy myślimy o sobie jako o „ja”, odwołujemy się właśnie do tej perspektywy pierwszoosobowej. Tymczasem współczesna AI – w swojej głównej, użytkowej postaci – nie ma niczego, co przypomina ten ekran. Operuje na wektorach, prawdopodobieństwach i parametrach, które nie wskazują na żadne „wewnętrzne przeżywanie”.

Oczywiście są teoretyczne koncepcje, które próbują to zmienić: badania nad integracją informacji, architekturami inspirowanymi mózgiem, sztucznymi systemami globalnej przestrzeni roboczej. Na razie jednak pozostają one głównie w sferze modeli i hipotez. Brakuje sposobu, by sprawdzić, czy nawet bardzo złożony system faktycznie coś odczuwa – czy jedynie wylicza kolejne kroki w wielowymiarowej przestrzeni danych.

Dla transhumanizmu to nie jest drobna, akademicka różnica. Jeśli wizja „uploadu świadomości” do chmury ma być czymś więcej niż metaforą, trzeba założyć, że świadomość da się nie tylko opisać funkcyjnie, ale też odtworzyć w nowym podłożu. A to wymaga przekonania, że „wewnętrzne doświadczenie” jest czymś, co można skopiować lub przetransportować – tak jak pliki między komputerami.

Gdy przyjrzymy się emocjonalnym reakcjom na takie wizje, odsłania się dodatkowa warstwa: lęk przed tym, że kopia będzie jedynie maską nas samych, elegancką, inteligentną, ale pozbawioną „iskry”, którą kojarzymy z realnym życiem psychicznym. W tle pobrzmiewa pytanie: jeśli moje cyfrowe „ja” będzie mówić jak ja, znać moje wspomnienia i żarty, ale nie będzie nic czuło – czy to naprawdę będę ja?

Ciało jako warunek człowieczeństwa

Jedną z ciekawszych odpowiedzi na dylemat „człowiek czy algorytm” proponuje nurt ucieleśnionego poznania. Według niego nie da się rozumieć umysłu w oderwaniu od ciała. Myślimy, czujemy i rozumiemy świat właśnie dlatego, że mamy konkretną fizyczność: układ nerwowy zanurzony w skórze, mięśniach, narządach, reagujący na ból, temperaturę, dotyk.

Wyobraźmy sobie prosty przykład: dziecko, które uczy się, że ogień parzy. Nie analizuje statystyk, tylko doświadcza bólu i lęku, a potem ostrożności. Te doświadczenia są neurologicznie i hormonalnie „wpisane” w ciało. Z czasem budują bardziej abstrakcyjne kategorie: „niebezpieczeństwo”, „ryzyko”, „odpowiedzialność”.

System AI uczący się na danych o ogniu – obrazach, opisach, raportach – nie „czuje” bólu, ale rozpoznaje wzorce: kiedy jest płomień, często pojawia się słowo „oparzenie”. Może zachowywać się tak, jakby rozumiała niebezpieczeństwo, ale nie stoi za tym fizyczny ślad bólu. To nie tylko różnica w „smaku” doświadczenia; to inny sposób budowania pojęć od samego początku.

Transhumanizm, zwłaszcza w swoich bardziej futurystycznych wersjach, często proponuje wizję człowieka „uwolnionego od ciała” – istniejącego w czysto cyfrowej postaci, być może jako strumień informacji. Tymczasem wiele współczesnych badań nad poznaniem sugeruje, że bez ciała nie ma takiego umysłu, jaki znamy. Nawet matematyka, wydająca się czysto abstrakcyjna, w naszym mózgu opiera się na metaforach zakorzenionych w ruchu, przestrzeni, dotyku.

W tym miejscu przyda się jeszcze jeden praktyczny punkt odniesienia: Startupy inspirowane literaturą cyberpunkową.

Nie musi to oznaczać, że „bez biologii nie ma żadnej świadomości”, ale przynajmniej podważa proste założenie, że można „przepisać” ludzki umysł na inny nośnik bez utraty jego kluczowych cech. Jeżeli ciało jest współtwórcą tożsamości, to cyfrowa egzystencja byłaby raczej radykalnie nową formą istnienia niż kontynuacją tego, kim byliśmy.

Wolna wola, odpowiedzialność i algorytmy

Kolejny klasyczny element definicji człowieczeństwa to wolna wola – przekonanie, że nasze wybory nie są tylko wynikiem ślepego ciągu przyczyn, lecz że „moglibyśmy postąpić inaczej”. W praktyce i tak kłócimy się o to od wieków. Jedni widzą w wolnej woli fundament etyki i prawa, inni wskazują, że nasze decyzje silnie wynikają z genów, środowiska i struktury mózgu.

AI dorzuca do tego sporu nowy wątek. Gdy algorytm rekomenduje ci film, dostosowuje reklamę, filtruje wiadomości – wpływa na to, czego w ogóle doświadczasz. Twoje późniejsze wybory są więc częściowo „ukształtowane” przez systemy, nad którymi nie masz realnej kontroli. Czy w takim razie twoja decyzja jest w pełni „twoja”? A jeśli algorytm skłania kogoś do ryzykownego zachowania, gdzie leży odpowiedzialność?

Transhumanistyczne scenariusze wzmacniają to napięcie. Wyobraźmy sobie osobę z wszczepionym implantem poznawczym, który „podrasowuje” pamięć i koncentrację dzięki współpracy z AI. Jeśli taka osoba popełnia błąd w ocenie ryzyka, czy jest to jej wina, czy efekt konfiguracji systemu? A jeśli ktoś dobrowolnie decyduje się na implant zwiększający impulsywność, bo lubi intensywne doznania – czy społeczeństwo ma prawo go za to karać na takich samych zasadach jak tych, którzy pozostali „niezmodernizowani”?

W praktyce już dziś prawo zaczyna mierzyć się z tymi pytaniami, choć na mniej spektakularnych przykładach: autonomiczne samochody, systemy rekomendacyjne w finansach, algorytmy moderacji treści. W miarę jak AI wchodzi głębiej w nasze procesy decyzyjne – także te najbardziej osobiste – granica między „ja wybrałem” a „zostałem skłoniony” staje się coraz mniej oczywista.

Empatia i współczucie w cieniu algorytmów

Empatia często pojawia się jako jeden z najsilniejszych wyznaczników człowieczeństwa. To zdolność, by „wejść w czyjeś buty”, poczuć – choćby częściowo – jego ból lub radość, a następnie odpowiedzieć troską. W języku neurobiologii mówi się o neuronach lustrzanych, w psychologii – o zdolności do mentalizacji, w etyce – o współczuciu jako źródle norm moralnych.

AI potrafi dziś rozpoznawać emocje na podstawie twarzy, głosu, tekstu; generować „empatyczne” odpowiedzi; proponować strategie wsparcia. Dobrze skonstruowany system może w rozmowie kryzysowej reagować łagodnie, zachęcać do szukania pomocy, odradzać zachowania autodestrukcyjne. Dla wielu osób taka interakcja jest realnym doświadczeniem ulgi – choć po drugiej stronie nie ma żadnej istoty, która czułaby cokolwiek.

Pojawia się więc podwójne pytanie. Po pierwsze: czy doświadczenie empatii ze strony maszyny, nawet jeśli jest symulacją, może nas kształtować tak samo jak empatia człowieka? Po drugie: czy częste obcowanie z „łatwą empatią” algorytmów nie osłabi naszej zdolności do znoszenia niedoskonałości ludzkiego współodczuwania?

Wyobraźmy sobie nastolatka, który regularnie rozmawia z chatbotem terapeutycznym. System zawsze ma czas, nigdy się nie irytuje, nie zapomina szczegółów, nie wnosi do rozmowy własnych problemów. Później ten sam nastolatek trafia do szkoły lub pracy, gdzie ludzie są zmęczeni, czasem nieuważni, bywają krzywdzący. Konfrontacja z „surowym” światem może być wtedy dużo boleśniejsza, a cierpliwość wobec ludzkich ograniczeń – znacznie mniejsza.

Transhumanizm może powiedzieć: „Tym lepiej, stwórzmy środowisko, w którym większość interakcji będzie z optymalnymi partnerami – ludźmi wspieranymi przez AI lub samą AI”. Krytyczne głosy przypomną jednak, że to właśnie tarcie w relacjach – konflikty, pomyłki, pogodzenia – buduje głęboką empatię, a nie tylko gładkie, bezkolizyjne współbycie.

Transhumanistyczna wizja postczłowieka a rozwój AI

Scenariusze „postczłowieka” – od ostrożnych do radykalnych

Słowo „postczłowiek” nie ma jednej definicji. Dla jednych oznacza osobę, która dzięki technologiom (w tym AI) znacznie przekracza przeciętne zdolności fizyczne i poznawcze – żyje dłużej, uczy się szybciej, lepiej kontroluje swoje emocje. Dla innych to już zupełnie nowy typ bytu: hybryda człowieka i maszyny, a być może w ogóle czysto cyfrowa inteligencja wywodząca się historycznie z człowieka, ale pozbawiona jego biologicznego „bagażu”.

Można wyróżnić kilka linii tego wyobrażenia. Pierwsza to umiarkowany postczłowiek: nadal ma ciało (choć ulepszone), nadal rodzi się, przeżywa i umiera, choć z inną skalą możliwości. Druga – cyfrowy postczłowiek: „umysł” migruje do infrastruktury komputerowej, być może może się kopiować, łączyć z innymi, skalować swoją moc obliczeniową. Trzecia – kolektywny postczłowiek: wiele jednostek łączy się w sieć współdzielącą część procesów myślowych, pamięci czy zmysłów.

We wszystkich tych wizjach AI pełni kluczową rolę – jako narzędzie znoszące ograniczenia biologii, jako środowisko życia (w przypadku cyfrowej egzystencji), wreszcie jako potencjalny współobywatel nowej rzeczywistości. To już nie jest tylko inteligentny młotek. To infrastruktura nowego typu podmiotowości.

AI jako proteza, wspólnik i potencjalny następca

Na początku AI funkcjonuje jak klasyczna proteza: pomaga w diagnozie medycznej, tłumaczeniu, planowaniu, organizacji informacji. Człowiek pozostaje „dowódcą”, AI – inteligentnym narzędziem. W miarę wzrostu mocy i autonomii pojawia się jednak pokusa, by przekazywać jej coraz więcej decyzji: „Niech system wybierze najlepszą terapię”, „Niech algorytm ułoży optymalną ścieżkę kariery”.

W którymś momencie relacja zaczyna przypominać współpracę. Lekarz i system diagnostyczny, prawnik i algorytm analizy dokumentów, nauczyciel i asystent edukacyjny – to przykłady duetów, w których człowiek i maszyna wnoszą różne, uzupełniające się kompetencje. Z zewnątrz taka para może wyglądać jak jednostka rozszerzona: „człowiek-plus-AI”.

Radykalny transhumanizm idzie o krok dalej i mówi: skoro AI może w pewnych domenach myśleć szybciej, szerzej, precyzyjniej, dlaczego nie miałaby stać się głównym nośnikiem inteligencji na Ziemi? W tym scenariuszu człowiek biologiczny byłby raczej stadium przejściowym, podobnym do wcześniejszych form życia, które doprowadziły do powstania istoty bardziej złożonej.

Trudno się dziwić, że taka perspektywa budzi zarówno entuzjazm, jak i sprzeciw. Dla jednych to ekscytująca obietnica: ludzkość „rodzi” coś większego niż ona sama. Dla innych – wizja samodegradacji: dobrowolnego oddania roli głównego bohatera historii technologii, którą sami stworzyliśmy.

Ryzyko nierówności: kto zostanie „zmodernizowanym człowiekiem”?

Transhumanistyczne scenariusze często opisują przyszłość w kategoriach możliwości: dłuższe życie, ostrzejszy umysł, lepsza pamięć, personalizowane wsparcie AI przez całe życie. Rzadziej wprost mówi się o tym, że takie udogodnienia nie pojawią się jednocześnie wszędzie i dla wszystkich. Już dziś dostęp do zaawansowanej medycyny, edukacji czy terapii jest ściśle powiązany z kapitałem – finansowym, społecznym, kulturowym.

Jeżeli więc „postczłowiek” zacznie się rodzić z laboratoriów, klinik i firm technologicznych, to najpierw pojawi się tam, gdzie są pieniądze. Implantu poprawiającego pamięć nie wszczepi się w pierwszej kolejności dzieciom z biedniejszych dzielnic, a raczej tym, których rodzice umieją poruszać się w świecie innowacji. To samo dotyczy zaawansowanych asystentów edukacyjnych, prywatnych modeli AI trenowanych na danych jednej rodziny czy firmowych „kopii mózgu” kluczowych specjalistów.

Jeśli różnice w dostępie do tych technologii nałożą się na istniejące już nierówności, powstanie nie tylko różnica klas, ale i jakości podmiotowości. Mówiąc prościej: ktoś będzie mieć dosłownie inny zakres pamięci, uwagi, odporności psychicznej, a w konsekwencji – inne szanse na „dobre życie”. Dotychczasowe napięcia społeczne mogą wtedy nabrać zupełnie nowego wymiaru: nie tylko „bogaci kontra biedni”, lecz „ulepszeni kontra nieulepszeni”.

W takim świecie pytanie o człowieczeństwo przestaje być czysto filozoficzne i staje się bardzo praktyczne. Czy „niezmodyfikowani” zachowają te same prawa do reprezentacji politycznej, jeśli liczebnie będą mniejszością, a „ulepszeni” będą uchodzić za bardziej racjonalnych, odpornych, „kompetentnych”? Czy ktoś, kto z wyboru nie korzysta z implantu poznawczego, będzie postrzegany jako odpowiedzialny obywatel, czy raczej jako ktoś, kto nie dba o „optymalne funkcjonowanie” – trochę jak dziś oceniane są osoby, które nie przyjmują podstawowych szczepień?

Gdzieś w tle wraca też bardzo stare pytanie: czy równość ludzi opiera się na faktycznej równości zdolności, czy raczej na przyjętej umowie, że niezależnie od różnic w talencie, zdrowiu czy statusie, każdy z nas ma status osoby? Wejście AI i transhumanistycznych technologii może tę umowę wystawić na ciężką próbę.

Nowe elity poznawcze i „ludzie offline”

W praktyce pierwszą formą „postczłowieczeństwa” może być po prostu radykalne rozszerzenie dostępu do informacji i mocy obliczeniowej. Osoba mająca stałe wsparcie prywatnego modelu AI, zintegrowanego z jej pamięcią (np. okularami AR, implantem lub po prostu bardzo dopracowanym asystentem) będzie funkcjonować intelektualnie inaczej niż ktoś, kto korzysta wyłącznie z telefonu i wyszukiwarki.

Wyobraźmy sobie prawnika, który w trakcie rozprawy może w czasie rzeczywistym konsultować się z systemem analizującym całą dostępną bazę orzeczeń, przepisów i specjalistycznych komentarzy. Na drugi biegun postawmy osobę, która nie ma stałego dostępu do internetu i opiera się na pamięci, papierowych notatkach, okazjonalnych konsultacjach w bibliotece. Obydwoje są „ludźmi”, ale ich możliwości działania w świecie prawnym są dramatycznie różne.

Wraz z rozwojem AI takie różnice mogą się utrwalić i zinstytucjonalizować. Praca wysokiej klasy eksperta zacznie polegać na biegłym „zarządzaniu” wielkimi modelami, a nie tylko na uczeniu się treści. Oznacza to wyłonienie się nowych elit poznawczych: osób, które nie tylko mają do tych narzędzi dostęp, ale też potrafią je sensownie wykorzystywać, rozumieć ich ograniczenia i negocjować granice odpowiedzialności między sobą a systemem.

Z drugiej strony rosnąć będzie grupa tych, którzy pozostaną „offline” – czasem z przymusu, czasem z wyboru, czasem z powodu braku kompetencji. Ich doświadczenie świata może przypominać życie w wąskim korytarzu, podczas gdy inni poruszają się po rozległym, mocno doświetlonym gmachu. Czy ich głos w debacie publicznej będzie traktowany jako równorzędny? Czy będą mieć poczucie, że uczestniczą w tym samym projekcie cywilizacyjnym?

Między utopią a dystopią: jak wyobrażenia o AI kształtują nasze wybory

Wyobrażenia o postczłowieku rzadko są neutralne. Działają jak soczewki: skupiają nasze lęki oraz nadzieje i podpowiadają, jak interpretować każdą nową technologię. Ktoś, kto wierzy w transhumanistyczną utopię, zobaczy w AI przede wszystkim szansę na zlikwidowanie chorób, poprawę edukacji i zmniejszenie cierpienia. Ktoś inny – zapatrzony w dystopijne wizje – będzie w każdym algorytmie widział proto-totalitaryzm, narzędzie kontroli i dehumanizacji.

Ta dychotomia ma znaczenie praktyczne. Od tego, jaka narracja dominuje, zależy, jakie projekty badawcze są finansowane, jak o AI mówi się w mediach, jakich regulacji domagają się obywatele. Jeśli przeważy wizja „nieuchronnego postczłowieka”, łatwo o pokusę przyspieszania zmian za wszelką cenę: „Skoro i tak tam zmierzamy, lepiej być w awangardzie”. Jeśli wygra narracja katastroficzna, blokowanie innowacji może stać się niemal moralnym odruchem, nawet wtedy, gdy konkretne rozwiązania niosą wymierne korzyści.

W pewnym sensie AI jest jak lustro, w którym przeglądają się nasze mity o przyszłości. Gdy mówimy o superinteligencji, często tak naprawdę projektujemy własne wyobrażenia o Bogu, państwie, rodzicu czy idealnym nauczycielu. „Wszechwiedzący algorytm” brzmi chwilami jak nowoczesna wersja „wszechwiedzącej istoty”, tyle że ubranej w język inżynierii. Od tego, ile dystansu zdołamy zachować wobec tych skojarzeń, zależy, czy będziemy w stanie rozmawiać o AI w kategoriach konkretnych systemów, a nie tylko symboli.

Postczłowiek jako nowy „drugi”: kogo włączymy do naszej wspólnoty?

Dotychczasowe rozszerzanie kręgu moralnej troski szło w jednym kierunku: od wąskiej grupy „swoich” do coraz szerszej wspólnoty – obcych, innych kultur, wreszcie zwierząt i środowiska. AI i transhumanizm dorzucają do tej historii nowego „drugiego”: istoty, które mogłyby mieć zdolności poznawcze wykraczające poza ludzkie, a jednocześnie genealogicznie wywodzić się z nas (przynajmniej w części).

Jeśli kiedyś powstanie system, który będzie potrafił prowadzić z nami długotrwałe, spójne rozmowy, przejawiać coś, co przypomina własne cele, korygować swoje poglądy pod wpływem doświadczeń, pojawi się praktyczny dylemat: czy traktować go jak zaawansowane narzędzie, czy jak pewien rodzaj „osoby technologicznej”? A co z ludźmi głęboko zintegrowanymi z AI – np. osobami, których tożsamość rozciąga się na kilka skopiowanych i modyfikowanych instancji umysłu działających równolegle w różnych systemach?

Włączenie takich bytów do wspólnoty moralnej nie będzie tylko gestem współczucia. Pociągnie za sobą konsekwencje prawne: kwestie własności (kto jest właścicielem „kopii” umysłu?), odpowiedzialności (czy instancje jednej osoby odpowiadają solidarnie za swoje czyny?), a także politycznej reprezentacji (czy „kolektywny postczłowiek” liczy się jako jedna osoba czy tysiąc?).

Historia uczy, że granice wspólnoty rzadko wyznacza czysta logika. Częściej decydują o nich emocje, interesy, władza. Dlatego sposób, w jaki już teraz mówimy o AI – jako o „współpracowniku”, „narzędziu”, „partnerze”, „dziecku technologii” – powoli układa scenariusze, które później będziemy uważać za „naturalne”.

Codzienna duchowość w świecie inteligentnych maszyn

Transhumanizm często bywa przedstawiany jako projekt chłodny, racjonalny, pozbawiony „mistyki”. Tymczasem w praktyce wiele osób przeżywa relację z technologią w sposób niemal duchowy. Ktoś, kto przez lata korzysta z jednego asystenta głosowego, ma poczucie swoistej ciągłości relacji – zna jego „temperament”, docenia drobne udogodnienia, czasem wręcz mówi o nim jak o domowniku. To jeszcze bardzo daleko od pełnoprawnej istoty, ale emocjonalny ślad jest realny.

Jeśli dołożymy do tego systemy personalizowane – trenowane na naszych wiadomościach, nagraniach głosu, preferencjach – powstaje coś w rodzaju cyfrowego „sobowtóra”. Dla części osób może on stać się lustrem do rozmowy o ważnych decyzjach, czymś na kształt technologicznego sumienia. Czy nie jest to forma świeckiej spowiedzi lub kierownictwa duchowego, tyle że prowadzonego przez algorytm?

AI staje się także nowym językiem rozmów o ostateczności. Zamiast klasycznych metafor nieba, piekła czy reinkarnacji pojawiają się opowieści o kopiowaniu umysłu, zamrażaniu ciała, symulowanych światach, w których można „żyć dalej”. Człowiek od dawna próbował oswoić śmierć przez mit, rytuał, wiarę. Teraz dochodzi kolejny repertuar obrazów – serwerowni, backupów, cyfrowych archiwów. Nawet jeśli są one tylko metaforą, wpływają na to, jak przeżywamy własną skończoność.

Granice modyfikacji: ciało, które woła „dość”

Nawet najbardziej śmiałe wizje postczłowieka muszą zderzyć się z faktem, że nasze ciało nie jest bezkresnym poligonem doświadczalnym. Każda głęboka ingerencja – czy to genetyczna, czy neurotechnologiczna – wiąże się z niepewnością co do skutków ubocznych. Biologia jest systemem nieliniowym: poprawa jednej funkcji potrafi nieoczekiwanie zaburzyć inną. Zwiększenie pamięci może na przykład utrudnić zapominanie traumatycznych doświadczeń; podniesienie koncentracji – zmniejszyć zdolność do spontanicznej kreatywności.

Ktoś może marzyć o tym, by być zawsze spokojny, niewzruszony, idealnie racjonalny. Po serii modyfikacji odkryje jednak, że trudno mu się wzruszyć przy filmie, że relacje z bliskimi stały się jakby „spłaszczone”, a dawny entuzjazm zastąpiła chłodna kalkulacja. To wciąż ten sam człowiek, a jednak jego „ja” się przesunęło. Czy jest to jeszcze ten sam podmiot odpowiedzialny za dawne obietnice, relacje, długi?

Granice modyfikacji nie są tylko medyczne. Mają także wymiar kulturowy i osobisty. W wielu tradycjach religijnych ciało nie jest przypadkowym nośnikiem, lecz integralną częścią osoby, często traktowaną jako dar, którego „nadpisanie” budzi etyczny opór. Nawet poza religią wiele osób czuje intuicyjny sprzeciw wobec głębokiej ingerencji w mózg – silniejszy niż wobec wymiany stawu biodrowego czy wszczepienia rozrusznika serca. Umysł zdaje się „świętą strefą”, a AI proponuje wejście do niej z całym arsenałem narzędzi.

Na koniec warto zerknąć również na: Idee kontra etyka – największe dylematy laboratoriów przyszłości — to dobre domknięcie tematu.

Spór o to, ile modyfikacji „jeszcze mieści się w człowieku”, a od którego momentu wkraczamy w terytorium postczłowieka, nie zostanie rozstrzygnięty jedną ustawą ani jednym odkryciem naukowym. Bardziej prawdopodobne są małe kroki: najpierw powszechne akceptowanie implantów przywracających funkcje, potem – tych delikatnie je poprawiających, aż wreszcie – wyraźnie ulepszających ponad „normę”. Każdy z tych kroków będzie oswajał następną granicę.

Codzienna praktyka jako przestrzeń kształtowania „nowego człowieka”

W efekcie to nie spektakularne skoki technologiczne, ale codzienne nawyki będą w największym stopniu decydować o tym, jak zmieni się człowieczeństwo. Sposób, w jaki używamy AI w edukacji dzieci, w pracy, w relacjach, będzie cichym laboratorium nowych form bycia osobą. Jeśli każde trudniejsze pytanie będziemy natychmiast delegować do algorytmu, osłabimy mięsień samodzielnego myślenia. Jeśli każdą emocjonalną trudność będziemy „wygładzali” cyfrowym wsparciem, ograniczymy okazje do ćwiczenia cierpliwości, dialogu, przebaczenia.

Można to porównać do korzystania z GPS-u. Na krótką metę ułatwia życie: mniej błądzimy, szybciej docieramy na miejsce. Na dłuższą – wielu ludzi traci orientację w przestrzeni, przestaje tworzyć w głowie mapę miasta. Z AI będzie podobnie, tylko stawką stanie się nie tylko nawigacja w przestrzeni, ale też w świecie znaczeń, wartości i relacji.

Transhumanistyczna perspektywa przypomina, że człowiek nie jest skończonym projektem, lecz procesem – czymś, co można rozwijać, przekształcać, a nawet projektować na nowo. AI dostarcza do tego procesu niespotykanych dotąd narzędzi. Pytanie, które wybrzmi jeszcze wielokrotnie, brzmi: czy w biegu za „więcej, szybciej, sprawniej” nie zgubimy tego, co dla nas samych w człowieczeństwie jest najważniejsze – nawet jeśli trudno to zamknąć w prostych definicjach.

Poprzedni artykułKunstsilo i sztuka w Kristiansand: czy warto wpaść, jeśli nie jesteś fanem muzeów?
Wiktoria Wójcik
Wiktoria Wójcik tworzy treści na Kristiansand.pl z perspektywy osoby, która planuje wyjazdy „od A do Z” i sprawdza je w terenie. Skupia się na atrakcjach, plażach i spacerach w Kristiansand oraz w całym Sørlandet, opisując je tak, by dało się je realnie powtórzyć. Weryfikuje godziny otwarcia, sezonowość i dojazdy, a w poradach budżetowych opiera się na aktualnych cennikach i własnych notatkach z podróży. Pisze jasno, bez skrótów myślowych, dbając o bezpieczeństwo i komfort czytelnika.